Linie papilarne opowieści Stopka
Projekt
Projekt
Morąg
Morąg
Działdowo
Działdowo
Mrągowo
Mrągowo
Orzysz
Orzysz
Ryn
Ryn
Skoroszyt literacki
Skoroszyt literacki
Papilarne spotkanie
Papilarne spotkanie

Papilarny skoroszyt

„Linie papilarne opowieści” to nie tylko wskazówki, jak pisać i jak robić to dobrze. To również pierwsze próby literackie lub szlifowanie warsztatu pod okiem doświadczonego pisarza. Część uczestników kursów przeprowadzonych w ramach projektu zgodziła się podzielić z nami swoimi tekstami, które narodziły się przy okazji spotkań w bibliotekach. Zapraszamy do lektury – jest co czytać!


Tak dawno zapomniany
Dom na końcu świata
W cieniu gór nad brzegiem
morza pośród drzew
Gdzie diabły sprzedają
swe dzieci aniołom
Światło z głębin otwiera
bramy bezradnym
żeglarzom
Wiodąc ich ku nowemu
zbawieniu
Horyzont zdradziecko
kończy świat
Tworząc własną historię
której nikt nie będzie
pamiętał



Tej nocy byłam sama
całkiem sama
Boga kroków nie
słyszałam byłam
zapomniana
Nawiedziły mnie diabły i
upiory
A anioły w swej wielkości
nie uchyliły głowy
Obudziłam się dziś
wcześnie rano
Nie poddając się nocnym
marom.


Zuzanna Łada, MBP w Działdowie


„M”
Prawie wyspani
Prawie zjadamy śniadanie
Prawie ukończone
Prawie spóźniamy się na tramwaj
Zaprzeczamy prawie
Bośmy (dzięki) prawie dorośli

Dalej głupi
Dalej rozglądamy się
za wyzwaniami
Jeszcze i już dalej
Dalej zagłębiamy rutynę
Zagłębiając się w siebie
Dalej
Dalej nie wiem jak bardzo
Dalej


Marta Ślizga, MBP w Działdowie


I

– Dzień dobry, kochani obywatele. Witajcie w prognozie pogody na nadchodzący tydzień! Dzisiaj chcielibyśmy wytłumaczyć państwu, dlaczego na niebie, w każdym miejscu na świecie, pojawiły się smoliste, ogromne chmury. Według naszej stacji meteorologicznej jest to zapowiedź zwykłej, lecz niezwykle długiej, burzy... Ale czy aby na pewno? Na ten temat wypowie się ekspert, którego zaprosiliśmy dzisiaj do studia. Barry Jonhson!

Słychać aplauz, na salę wchodzi znany naukowiec Barry Johnson.

– Ach, już, spokojnie. – Powiedział uśmiechnięty meteorolog, siadając na przygotowanym dla niego miejscu i biorąc łyk czekającej na stole kawy.

– Dzisiaj chcielibyśmy usłyszeć o pańskiej opinii na temat nadchodzącej burzy. Coś takiego jeszcze nigdy się nie wydarzyło, nad całą planetą krążą czarne chmury, co to może oznaczać, ma pan jakiś pomysł?

Prezenterka, przesadnie gestykulując, usilnie próbuje zwrócić uwagę na coś normalnego, robiąc z tego jednocześnie sensację. Czy ja tego już gdzieś nie widziałem? Zadałem pytanie, na które nie oczekuję odpowiedzi, siedzę na fotelu przed małym telewizorem, jestem sam w mieszkaniu, zawsze odpowiada mi tylko martwa i głucha cisza, na co ja liczę? Jestem nieudacznikiem bez pracy. Mam szczęście, że jeszcze mnie stąd nie wyrzucili, a mimo to cały czas próbuję nawiązać rozmowę z pustką, ale jak można się spodziewać, każda próba kończy się tak samo. Mimo wszystko wciąż próbuje, bo co ciekawszego mogę mieć do roboty w pustym mieszkaniu znajdującym się pośrodku miasta. Nie mam ani pracy, ani rodziny. Próba nawiązania rozmowy z powietrzem to jedyna rozrywka, na którą mogę sobie pozwolić, prócz oglądania mediów dla mas, które powoli zamieniają mój mózg w papkę, wciąż podtykając mi wszystko pod nos, tak jakbym nie potrafił sam myśleć. Siedząc sam ze sobą, w towarzystwie jedynie smętnego dźwięku działającego telewizora, tak spędzam życie.

Wracając do tego, co dzieje się na ekranie telewizora.

– Proszę pani. Śmiem twierdzić, że to zjawisko to coś, z czym jeszcze nigdy nie mieliśmy do czynienia. Możliwe, że jest to nowe zjawisko naturalne lub, nie daj Boże, klęska żywiołowa. Lecz my, jako naukowcy, mamy szczerą nadzieję, że zjawisko to będzie niegroźne i ukaże się przed nami jeszcze wiele razy, aby mogło ulec procesowi pauperyzacji, w związku z czym nikogo już nie będzie szokowało oraz będzie w stanie przysłużyć się ludzkości. Jednakże radzilibyśmy uważać, gdyż zjawisko to, aktualnie, jest nam kompletnie obce i na razie nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co może ono oznaczać oraz skąd mogło się wziąć. – Mężczyzna, udzielając odpowiedzi, patrzył na prezenterkę poważnym wzrokiem tak, jakby to wydarzenie miałoby być czymś przełomowym w historii ludzkości.

Widząc ten wzrok, prezenterka nie wiedziała, jak się zachować i przez moment na jej twarzy dałoby się zauważyć zmartwienie oraz niepewność, jednak stało się to na tak krótki moment, że nikt nie był w stanie tego spostrzec. To ten tak zwany talent zawodowy?

– Hmmm. W takim razie miejmy nadzieję, że wydarzenie to będzie czymś, co popchnie naszą cywilizację do przodu! A wam, drodzy słuchacze, życzę miłego tygodnia oraz proszę uważajcie na siebie! To już koniec naszego programu na dziś i oczywiście dziękujemy panu za uczestnictwo w naszym show! – Prezenterka, utrzymując swój frywolny uśmiech, spojrzała najpierw w obiektyw kamery, a następnie na gościa programu.

– Ahh. Ależ oczywiście przyjemność po mojej stronie. – Mężczyzna uśmiechnął się i spojrzał w obiektyw.

Koniec emisji.

– Pff. Głupie programy. Zwykła burza, po co robić z tego taką sensację? – Wyciągając papierosa z paczki, ruszyłem w stronę okna i spojrzałem na niebo, zaciągając się dymem.

Spaliłem go do końca, po czym położyłem się na materacu, który leżał w pokoju i spojrzałem na biały popękany sufit.

– Cholerne życie. Czy będę w stanie coś zmienić?

Po chwili leżenia w ciszy zamknąłem oczy i zasnąłem.

Następnego dnia po wstaniu z łóżka ruszyłem do kuchni. Wyjąłem z szafek kilka konserw i zacząłem szykować sobie coś do jedzenia, kiedy nagle usłyszałem krzyk. Upuściłem jedną z konserw, a jej zawartość rozleciała się na podłogę.

– Cholera! Kto tak hałasuje o tej porze?! – Zdenerwowany ruszyłem w stronę okna, chcąc zobaczyć, co powoduje cały ten zgiełk. Wyglądając na zewnątrz, zauważyłem coś, co na pierwszy rzut oka mnie spetryfikowało. Po chwili pozbierałem się do kupy.

– Komuś zachciało robić się jakiś cosplay? – Ulica wyglądałaby normalnie, wszędzie ludzie spieszący się z rana do pracy lub do sklepu, gdyby nie jeden fakt: na środku ulicy znajdował się mężczyzna. Konkretniej ciało mężczyzny, które zamiast głowy miało na szyi „Kwiat'” z fragmentów jego głowy. Jego czaszka (lub lepiej powiedzieć: to, co z niej zostało...) była podzielona na 4 części, każda skierowana w innym kierunku, a z szyi wyrastała mu wielka, czerwona masa mięsa. Jeśli miałbym to do czegoś porównać, to do wielkiego języka. Tak, języka. Mężczyzna ten szedł w stronę przestraszonej kobiety, która, uciekając, upadła na ziemię i aktualnie leżała na chodniku.

– Co to? Jakaś akcja reklamowa? Gdzie są kamery? Ehh, nieważne, co mnie to obchodzi – odwróciłem się i ruszyłem w stronę kuchni.

– AAAAAAAA! – Kiedy już znowu miałem zabierać się za przygotowanie czegoś na pusty żołądek, ponownie usłyszałem krzyk, choć lepiej można byłoby to określić jako nędzny i przykry pisk. Brzmiało to tak, jakby ktoś był obdzierany ze skóry. „Co mogło się stać?” – pomyślałem.

Odwróciłem się i szybko rzuciłem się w stronę okna. Nigdy nie zapomnę tego, co zobaczyłem. „Kwiat'” mężczyzny zamknął się na głowie kobiety, a kiedy już się otworzył, głowy kobiety tam nie było. Zamiast tego z jej szyi tryskała wszędzie krew, ludzie w otoczeniu kompletnie to ignorowali. Tak jakby było to coś, co widzisz codziennie, kiedy idziesz po chleb, mleko czy jajka do sklepiku osiedlowego. Następnie jego „język” wszedł w jej szyję, z czego po chwili wyrosła nowa głowa. Oboje ruszyli w przeciwne strony.

– KUR***A! – Zdążyłem wykrzyknąć tylko tyle, po czym oczy wszystkich na ulicy skierowały się w moją stronę. Mogłem w nich zobaczyć pustkę oraz chęć mordu. Szybko zaciągnąłem roletę, po czym pędem ruszyłem do łazienki. Biegłem tak szybko, że nie byłem w stanie się zatrzymać przy drzwiach i uderzyłem w nie z impetem, ale nie to było ważne, odwróciłem się w stronę toalety i zacząłem wymiotować. Wyrzucałem z siebie to wszystko przez co najmniej pół godziny. Kiedy już się pozbierałem, czułem się tak, jakbym miał zaraz umrzeć.

– Jasna cholera! Co to miało być?! – dopiero teraz poczułem, że wszystkie moje włosy stoją dęba, cały pokryty jestem zimnym potem, a moja koszulka jest do mnie przyklejona. Po chwili dałem radę w miarę się opanować. Trzęsącymi rękoma sięgnąłem po paczkę fajek i wyjąłem jedną, po czym zapaliłem. To było w stanie lekko ukoić moje nadszarpane nerwy.

– Co się dzieje? co. się. KUR***A. DZIEJE!? – uderzyłem z całej siły w ścianę dzielącą kuchnię z salonem, robiąc w niej dziurę. Z mojej ręki leciała krew. Ale nawet nie poczułem uderzenia. W tej chwili rozmyślałem.

Jak od teraz będzie wyglądać moje życie?

***

II

To zaczęło się 2 dni temu, to wtedy zobaczyłem ten przerażający spektakl na ulicy. Od tamtej pory siedzę zamknięty w mieszkaniu, zabarykadowałem drzwi szafą. Co jakiś czas wyglądam przez okno, żeby zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz. Wszystko jest tak jak przedtem. Ludzie chodzą do pracy tak jakby nic się nie stało. Ale ja wiem, co dzieje się naprawdę. Powoli kończy mi się prowiant. Kończy mi się woda pitna i została mi ostatnia konserwa. Będę musiał wyjść na zewnątrz. Nie wiem, jak to się skończy, zapisałem moje przeżycia ma kartce papieru, którą położyłem na stole, może ktoś odczyta moją notatkę i dowie się, przez co przeszedłem. A ja będę musiał wyjść i spróbować szczęścia...

***

Minął jeden dzień, nadszedł dzień sądu. Czy uda mi się przeżyć, czy skończę tak jak reszta ludzi aktualnie błąkających się po ulicy – nie wiem. Nie mam pojęcia, czy ktoś oprócz mnie przeżył tę zmianę. Wziąłem prysznic, o dziwo, woda nadal przepływa przez rury do kranów w mieszkaniach. Zapakowałem się w plecak, już raczej nie wrócę do tego domu. Zabrałem ze sobą trochę ciuchów, jakieś narzędzia, które znalazłem w szafie, a za pasek schowałem nóż. Po tym, co zobaczyłem, raczej wiele mi to nie pomoże, ale lepsze to niż nic, a i tak nie mam w domu żadnej broni. No, a więc czas wyruszać.
– No, to teraz liczyć na najlepsze... – cisnąłem to zdanie bez przekonania, ale to już nieważne, w drogę.

***

Mikołaj Zasadzki, MBP w Działdowie


Niektórzy zakochani,
Uciekają z domów nocami.
Piją wódkę do nieprzytomności,
Palą papierosy.
A ja chcę Ci mówić,
Że Cię kocham
Na trzeźwo.
To dopiero szaleństwo.


To miasto,
Odkąd się tu pojawiłeś,
Ciągle Ciebie wspomina:
Wiatr pachnie Twoim zapachem,
Mury szarych kamienic oniemiały z zachwytu
I tak już zostały.
Liście drzew w parku mówią to mnie, szepcą:
„Kocham Cię, kocham.”
A powiadają, że liście głosu nie mają.


Emilia Kornelska, MBP w Działdowie


Pętla

A może tak po prostu
Delektujmy się ciszą
Ściany są głuche
Już nas nie słyszą.
Niebo powoli ciemnieje
Oddaje głos nocy
Ty wciąż się nie śmiejesz
Zatrzymaj się na chwilę.

Oczy wyglądają gwiazd
Lecz ty masz plany inne
Szum pobliskich miast
Zakłóca spokój twej duszy
Od czasu kolejny chlast
I złudzenie skróconej doby
Odstaw to na bok
Zatrzymaj się na chwilę.

W nadmiarze nic
Nie jest poprawne
Na pewno nie równowaga
Zdaje się , że nic już nie pomaga
Nie chcesz zostać z niczym
Niedługo sen się z tobą rozliczy
A do tego czasu
Zatrzymaj się na chwilę.


Patrycja Golecka, MBP w Morągu


Łzy Maurin

Gdy Morąg leżał jeszcze w Pogezanii, a jego tereny zamieszkiwali Prusowie, władzę w mieście sprawował Arwil. Był dobrym władcą, dbającym o swój niewielki lud. Był on też samotny i poszukiwał żony.

W tym samym czasie Morąg otaczały trzy jeziora: Skiertąg, Narie i Maurin. W każdym z nich mieszkała jedna boginka. Dwie z nich, Skra i Naria, zakochały się w pruskim władcy. Jednak ich starania poszły na marne i król wybrał inną. Skromną Maurin, która miała równie dobrotliwe serce co on.

Morążanie hucznie obchodzili wesele… Ale nie każdemu podobał się wybór Arwila. Skra i Naria, zżerane zazdrością, nie mogły na to obojętnie patrzeć i uknuły spisek.

Siedem dni i siedem nocy trwała radość Prusów. Nic jednak nie trwa wiecznie i po upływie tych dni Maurin zachorowała. By ją wyleczyć, sprowadzono uzdrowicieli z odległych zakątków Pogezanii, ale nikt nie mógł pomóc. Nikt nie wiedział, co się dzieje, a skutki choroby były widoczne nie tylko na żonie Arwila. Wraz z nią chorowało jej jezioro. Wkrótce nad Morągiem zawisły czarne chmury.

Wody jeziora były trujące. Niezdatne do picia. Tymczasem Skiertąg i Naria… Po kilku próbach zaczerpnięcia wody mieszkańcy zrezygnowali. Każda próba kończyła się śmiercią. Panowało pragnienie, a tuż za nim podążał głód, bo nienawadniane pola nie dawały już plonów. Po upływie ledwie kilku dni każda kropla wody stała się na wagę złota.

Skąd jednak ta klątwa? Wielu zadawało to pytanie, lecz nie mogło znaleźć odpowiedzi… Choć była tuż pod nosem. To wszystko było skutkiem rozgniewania boginek Skry i Narii. Ważniejsze jednak jest pytanie: ,,Jak się jej pozbyć?”.

Któregoś dnia Maurin wyszła na spacer poza mury miasta. Kroki poniosły ją nad jej własne jezioro, którego od dawna nie widziała.

Boginka z wielkim bólem patrzyła na zatruty staw. Choć wielu już ją uznawało za martwą, to dopiero teraz to odczuła. Jednak nie było to uczucie, jak gdyby umierała ona sama. Odczuła śmierć ogarniającą morążan i przyrodę z okolic miasta.

Nagle poczuła na policzkach coś mokrego. Otarła twarz wierzchem dłoni, lecz to nic nie dało, bo po jednej zmazanej łzie nadchodziły dwie kolejne. Czuła jak jej serce rozpada się na miliony kawałków, a jego okruchy zabijały wszystko, co napotkały. Jej jezioro… Jej staw… Teraz był źródłem śmierci.

Ale co miała zrobić? Co robić, gdy nawet nie wiedziała, co się dzieje?

Po prostu poddała się i, klęcząc w wodzie, zaczęła płakać… Ale to przyniosło inne, niespodziewane skutki.

Jedna łza równała się jednemu milimetrowi wody z jeziora i im dłużej Maurin płakała, tym więcej wody z niego ubywało. Wydawać by się mogło, że to już całkowicie pogrąży morążan, ale woda nie odpływała w niebyt. Zaczął tworzyć się strumień.

Żona Arwila płakała całą noc i gdy rano mieszkańcy Pogezanii się obudzili, przez Morąg przepływała rzeka – niewielki strumyk z wodą zdatną do picia. Wszyscy się radowali i świat znów nabrał żywych barw. Głód i pragnienie zniknęły… Tak samo, jak jezioro Maurin i ona sama. Nikt nigdy już jej więcej nie widział.

Prawda była taka, że rzeka, którą później nazwano Drela, to strumień utworzony z łez boginki. Sama Maurin natomiast, by to zrobić, musiała poświęcić jezioro. I tak, jak hamadriada odchodzi wraz ze śmiercią swego drzewa, tak dobrotliwa władczyni umarła wraz ze stawem. Pokryła ją woda, którą tak kochała.

Przez długi czas w miejscu Maurin pozostawało puste koryto. Z czasem deszcz i inne czynniki sprawiły, że jezioro znów zaistniało. Jednak jego prawdziwa nazwa została zapomniana i po dziś dzień jest ono nazywane Rozlewiskiem Morąskim.


Weronika Boraczyńska, MBP w Morągu


GDZIEŚ POMIĘDZY FIKCJĄ A PRAWDĄ
GDZIEŚ MIĘDZY SZACUNKIEM A POGARDĄ
TKWI ME SERCE OSAMOTNIONE
PRZEZ LUDZKIE ZASADY ZNIEWOLONE

GDZIEŚ MIĘDZY NOCĄ A DNIEM
PRAGNĘ UJRZEĆ WRESZCIE CIĘ
GDZIEŚ GDZIE WZROK NIE SIĘGA MÓJ
SERCA GŁOS USŁYSZ MÓJ

***

SZAROŚĆ ŚWIAT ZA OKNEM POKRYWA
ME SERCE SIĘ DO SIEBIE WYRYWA
DUSZA Z TĘSKNOTĄ WOŁA Z ROZPACZY
KALENDARZ DNI SAMOTNOŚCI ZNACZY

SZAROŚCIĄ ŚWIAT SIĘ POKRYŁ CAŁY
ME SERCE I DUSZA JUŻ POZNAŁY
JAK WIELKA TĘSKNOTA POTRAFI BYĆ
JAK CIĘŻKO BEZ CIEBIE W NOCY ŚNIĆ

***

DLACZEGO ŻAL TAK SERCE ŚCISKA?
JAKA PRAWDA JEST TOBIE BLISKA?
CIĄGLE TYLKO ŁUDZISZ SIĘ
ŻYJESZ WIECZNIE JAK WE ŚNIE

DLACZEGO PRAWDA DO CIEBIE NIE DOCIERA
CHOĆ ŻYCIE NADZIEJE CI ZABIERA
DLACZEGO MYŚLISZ,ŻE PIĘKNY JEST ŚWIAT
JEŻELI WIĘDNIESZ JAK RÓŻY KWIAT

ZASTANÓW SIĘ NAD TYM CO BYŁO
CO JUŻ MINĘŁO I SIĘ SKOŃCZYŁO
ZACZNIJ WRESZCIE NAPRAWDĘ ŻYĆ
PRZESTAŃ W NIEWOLI UMYSŁU TKWIĆ
***

CZEGO SIĘ BARDZIEJ BOISZ?
OD ŚMIERCI CZY OD ŻYCIA STRONISZ?
ŻYCIE TO PASMO UDRĘKI
ŚMIERĆ-SKRÓCENIE MĘKI

TO ŻYCIA NALEŻY SIĘ BAĆ
NA SKRZYDŁACH ŚMIERCI PONIEŚĆ SIĘ DAĆ
ZA ŻYCIA MASZ TYLKO CIERPIENIA
PO ŚMIERCI ZOSTAWIASZ WSPOMNIENIA
***

STACYJKA ZAPOMNIENIA

NA MAŁEJ STACYJCE ZAPOMNIENIA
ZOSTAW ZŁE WSPOMNIENIA
BY DALEJ POKONAĆ DROGĘ
BY WYRZUCIĆ Z SERCA TRWOGĘ

NA MAŁEJ STACYJCE ZAPOMNIENIA
ŻAL I SMUTEK SĄ DO ZGUBIENIA
ZOSTAW BAGAŻ SWEJ NIEDOLI
POZOSTAW ŁZY PEŁNE SOLI

GDY WYJEDZIESZ ZE STACYJKI
RUSZ PRZEZ ŻYCIE DALEJ
WSZYSTKO CO ZŁE-TAM ZOSTAŁO
MOŻESZ SZCZĘŚCIA SZUKAĆ ŚMIAŁO
***

DO KIEROWCY

TAK DELIKATNIE JĄ OBEJMUJESZ
CHOĆ JEJ WCALE NIE MIŁUJESZ
PIEŚCISZ PALCAMI JEJ OKRĄGŁOŚCI
DOTYKASZ JEJ WYPUKŁOŚCI

I TAK SPĘDZASZ DZIEŃ PO DNIU
ŻAŁUJĄC SOBIE BŁOGIEGO SNU
TRZYMASZ W RĘKU… KIEROWNICĘ
SKAZANY NA CIĄGŁĄ BANICJĘ
***


Bożena Cantop, BP w Rynie


1.
Bob szedł środkiem wsi. Wszyscy dawno już wrócili z pola, gdyż wokoło panowała cisza. To była jego wieś. Od dziś prawnie był jej burmistrzem. Nie cieszyło go to jednak, był tym bardziej zaskoczony. Zaskoczony i przerażony. Nie wiedział, za co Oni chcą go ukarać. Mogłoby się wydawać, że to on teraz tu rządzi, lecz tak nie było. To Oni, Władcy Nocy, wydawali polecenia, a gdy ktoś próbował się buntować, to po prostu znikał. Chociaż nikt ich nie widział, to oni zapisywali prawo. Każdą nowa Zasada pojawiała się na stalowej tablicy pośrodku wsi. Oprócz Zasad przekazywali także inne, mniej przyjemne rzeczy. Były to głównie Zapowiedzi. Jeśli ktoś złamał Zasadę, następnego dnia jego imię się tam pokazywało. A potem przychodzili po niego.
Bob był jak na człowieka bardzo stary. Miał już całe 83 lata. Większość po takim czasie albo padała z wycieczenia od pracy w polu, albo popełniała samobójstwo. Rozumiał jednak takie zachowanie. Ciągłe życie bez nadziei było naprawdę przytłaczające. On, jako jeden z nielicznych, nie tracił nadziei. Wciąż wierzył w powrót dawnych legendarnych czasów, gdy ludzie byli wolni.
Pamiętał jak dziadek wielokrotnie opowiadał mu o tym, jak kiedyś żyli ludzie. Władcy nie mogli wtedy zabijać. Byli na to za słabi. Noc była wtedy bezpieczna, nie było Zasad. Zmienił się także jeszcze jeden szczegół, być może nieistotny, lecz dla ludzi bardzo ważny. Zniknęły Sny. To one dawały ludziom nadzieję, w nich spaniały się marzenia, nawet te niemożliwe. Były też odbiciem ludzkiej duszy, jej częścią. To ich strata pozbawiła ludzi nadziei, marzeń.
Z zamyślenia wyrwało go ciche stukanie. W rzeczywistości było zapewne dość głośne, lecz jego słuch nie był już tak dobry jak kiedyś. Zaczął więc szukać źródła dźwięku, lecz zauważył coś znacznie ważniejszego. Słońce już prawie zaszło. Gdy zapadnie ciemność po prostu zniknie, chyba że zdąży schować się w domu. Tam Władcy zostawią go w spokoju. Lecz do niego został jeszcze kawał drogi. Starał się zacząć biec, lecz jego niedawno złamana noga zaczęła o sobie przypominać. Wiedział, że nie zdąży. Normalnie taka droga zajmowała mu 10-15 minut. Teraz miał góra pięć. Ze śmiercią pogodził się już dawno temu. Jego wnuk Frans poradzi sobie bez niego. Nie był już dzieckiem, miał 30 lat. Usiadł. Uznał, że nie będzie się śpieszył, zaczeka na śmierć. Chciał, choć raz zobaczyć Noc. Ostatnie, czerwone promienie słońca powoli chowały się za chmurami. Świat w jednej chwili spowiła ciemność. Niemal natychmiast usłyszał głośne kroki. Zaczął żałować decyzji o pozostaniu. Zobaczył czerwone ślepia w oddali. Potem nie czuł już nic.

2.
Frans jak zwykle zwlókł się z łóżka o świcie. Od razu zauważył coś dziwnego. Stary Bob nie leżał obok niego. Wczoraj po wyborach pewnie świętował razem z innymi. Postanowił później to sprawdzić. Martwił się o dziadka, lecz czas wyjścia do pracy już nadszedł. Jeśli nie pojawi się na polu, to ktoś Im o tym doniesie. Najlepsze, co mógł teraz dla niego zrobić, to nie dać się zabić, a oznaczało to bycie posłusznym. Wtem rozległ się dźwięk trzaskających drzwi. Inni wychodzili już do pracy. Też trzeba już iść.
Droga na pole nie była trudna. Trzeba było tylko przedzierać się pół kilometra przez puszczę otaczającą wioskę ze wszystkich stron. Chociaż mogło to się wydawać niełatwe, Frans robił to od dziecka. W porównaniu z pracą w polu był to spacerek. Pola najczęściej były przydzielane przez burmistrza oraz starszyznę, tu akurat mieli choć trochę wolności. Zwykle na dwuhektarowe pole przydzielano trzech dorosłych lub sześcioro dzieci. Ale co zrobić, czasy były ciężkie.
Gdy doszedł na pole czekali tam na niego już Piotr i Jan. Dzielił z nimi pole. Wtem rozległ się gwizd, to Nadzorcy ogłaszali początek pracy. Nadzorcami ludzie nazywali niewielkie, najwyżej metrowe stwory wyglądające jak skrzyżowanie człowieka z ropuchą. Same w sobie były niegroźne, lecz komunikowały się z Władcami. Służyły im. Zamiast mowy posługiwały się właśnie gwizdaniem. Jeden gwizd – do pracy, dwa – koniec. Gdy ktoś był nieposłuszny, zgłaszały to Im. Najczęściej następnego dnia przychodził wyrok. To właśnie Nadzorców praca w polu przypominała tę na plantacji.
Dzień w pracy wbrew pozorom mijał bardzo szybko. To rutyna była zabójcza. Z powrotem do domu wiązała się nie tylko ulga, lecz także strach przed kolejnym dniem. Takim samym. Lecz ten był inny. Normalnie by się ucieszył. Chciał odmiany, potrzebował jej, lecz nie w taki sposób. Wszyscy już o tym mówili. Pojawiła się nowa Zapowiedź. Rano przez pośpiech jej nie zauważył. Było tam tylko jedno imię. Jego imię. Stało się to, czego najbardziej się bał. Odkryli jego plan. Myśl rozsądnie – powiedział sam sobie. Nie mieli jak. On ciągle tam siedzi, w innym wypadku bym to zauważył. Dopiero po chwili skojarzył fakty. Nie było nigdzie dziadka. To jego musieli dopaść, a on miał być tylko przykładem dla innych, że to Oni posiadają władzę nad ich życiem, a jeśli ktoś się sprzeciwi, to zginie razem z całą rodziną.

Całe życie przeleciało mu przed oczami. Nie chciał umierać. Musiał skończyć swój plan. Pracował na polu od ósmego roku życia, tylko dla niego. I tak miał szczęście. Niektórzy zaczyniali pracować jeszcze wcześniej. Jednak tragedia, która go spotkała, trochę to opóźniła. Zginęli mu rodzice.
Matki ani ojca nie pamiętał. Dziadek opowiadał mu, że zginęli podczas buntu, którego byli organizatorami. Władcom udało się wytropić wszystkich, którzy wzięli w nim udział. Frans też by zginął, gdyby tej nocy nie spędzał u dziadka. Lubił tam przesiadywać, gdyż w domu miejsca nie było za dużo. Oprócz niego rodzice posiadali jeszcze czwórkę dzieci. Wszyscy zginęli, tylko nie on. Jego przeznaczenie było inne. Miał skończyć dzieło rodziców i pokonać Władców Nocy. Miał już nawet plan. Czekał tylko na odpowiednią chwilę. Udało mu się zrobić to, czego nie dokonał nikt inny. Złapał jednego z Nich. Miał bardzo mało czasu. Do zmierzchu zostało mu niecałe cztery godziny. Co sił w nogach pobiegł do Ceza. Była to jedyna osoba, która nie porzuciła go, gdy tylko usłyszała o jego rodzicach. To on pomógł mu w realizacji planu, który z początku wydawał się tak niewinny.
Rodzice Ceza byli bardzo biedni, a jego dziadkowi nie starczało na wyżywienie wnuka, więc musieli złapać coś na kolację. Chociaż było to zakazane, musieli zaryzykować, by nie umrzeć z głodu. Gdy polowania dawały im dostatek, zaczęli robić to częściej, a mięso, którego nie zjadali, podrzucali dla potrzebujących rodzin. Trzy lata temu spotkało ich wielkie zaskoczenie i strach. W pułapkę wpadł prawdziwy Władca Nocy. Wyglądał trochę jak chudy człowiek, lecz jego skóra była czarna jak Noc, z której się narodził, drapieżne oczy czerwone jak krew oraz był dużo szybszy. Jako broni używał długich, ostrych jak noże pazurów oraz zębów jak u wilka.
Sposób na Jego pokonanie znalazł rok później. Stwór cały czas siedział w pułapce, nie ośmielili się go nigdzie przenieść. Jak się okazało, nie było szans zabić go żadną bronią, trucizną czy głodem. Rozwiązanie przyszło jednak samo. To nadzieja. Gdy pewnego razu usiedli niedaleko pułapki z Nim w środku i zaczęli rozmyślać nad Jego pokonaniem, z nadzieją, że się uda, stwór zaczął wrzeszczeć. Testowali to wiele razy, lecz nigdy nie doprowadzili do Jego śmierci, a teraz musieli zrobić to z Nimi wszystkimi. Potrzebowali pomocy. Szczególnie, że został mu tylko dzień życia.
Gdy był już na miejscu, zobaczył, że Cez stał już w drzwiach. Wiedział.


Jakub Leonik, BP w Rynie


Dziewczynka z książką

Na prawo kobieta krzyczy na męża,
gdyż nie przyniósł wystarczająco dużo pieniędzy,
aby zaspokoić jej potrzeby,
na lewo mały chłopczyk
zabiera drugiemu samochodzik,
naprzeciwko siedzi dziewczynka,
w jej drobnej rączce
spoczywa potężna księga.
Dziewczyna jest pogrążona w lekturze do tego stopnia,
że nie zauważa gniewu i płaczu,
jej oczy coraz bardziej błyszczą
po przeczytaniu kolejnych wersów,
co chwilę raduje się
z powodu otwierania bram do nowych opowieści pełnych magii,
jakby to wszystko działo się po raz pierwszy...

Wciąż jest nieświadoma tego,
iż niebawem rozpocznie się następny rozdział jej życia,
pod tytułem ,,Dorosłość”,
do jej krainy przy Dziewiątym Rynku wkroczy epoka,
która zmusi dziewczynkę do rozstania z afirmacją życia...


Rajski Ptak

Rajski Ptak otworzył klatkę
wypuścił człowieka
oddał mu wolność
i odszedł

Lecz człowiek pragnął bardziej
równości niż wolności
i za lekcję Rajskiego Ptaka
oddałby wolność

Odszukał drogę do Mistrza
poprosił o ostatnią lekcję latania
determinacja okazała się silniejsza
niż możliwości człowieka

Rajski Ptak zgodził się
polecieli wysoko
nad odzwierciedleniem ogólnych procesów
makroekonomicznych w gospodarce

Bóg

Wchodzę do świątyni
Oddaję hołd
Zakładamy maski
Stajesz się mistrzem
Od teraz mogę nazywać Panią Sokratesem
Znikasz
Medytuję i dziękuję za piękno
Które wciąż trwa
Wracasz
Uśmiechasz się
Jesteś dumna ze mnie
Cieszysz się
że Platon poszedł swoją drogą
Nie muszę słuchać pochwał
Znam je na pamięć
Mogę podziwiać mistrza
Tym razem ja odchodzę
Nie zdejmuję maski
Zostaję śmiertelną istotą
a Pani Mistrzem
tj. Bogiem niedoskonałym

Vivo per Lei

Siedzi i spogląda w weneckie lustro,
zachwyca ją,
ale twarz dziewczynki odbijającej się w zwierciadle
jest smutna.

To był następny wieczór,
kiedy dziewczynka spędzała czas ze łzami,
tęskniła za prawdziwą krainą języka polskiego,
która odeszła za Królową,
marzyła o rozmowie z Nią,
mogła jedynie powędrować do Rajskiego Ptaka,
brakowało Jej jedynie Tej,
do której na lekcjach szeptała:
,,Vivo per Lei”.


Paulina Pukin, BP w Rynie


O strusiu

W głowie mi się nie mieści,
że prowincja dalekiego
wzgórza ma na sobie
różowego strusia!
Co za banalność…
chowam głowę w gnój.
Nie mam skrzydeł…
mam kolorowe skarpetki
i wachlarze pożyczone od Gejszy.
Za to moja reklama…
to różowy dziób
i duże jajo wielkanocne.

Głucha martwa dziewczyna

Nie milczała w mordzie syna
krwią zalana w słońcu chwila
mieczem przekrojona
twoja miła
białowłosa
ta dziecina
przez los okrzyknięta
stała się diabłem agresora
niewinnie wytknięta

Porusz(ona)

Oddycham dźwiękiem strun
uderzeniem basów
nieprzyzwoitych słów
bez przerwy
rytmicznie słyszalnych perkusji
zatraconych pałek
tworzących krzyk
metalicznego brzmienia
oddycham muzyką

(Dystopia)

Każdy dzień przynosi nowy określony cel w krainie, gdzie marzeniami kieruje mrok. Jest to stolica, w której wieże sięgają nieba. Gdzie czerń przeważa nad bielą. To jedyne takie miejsce na świecie, gdzie zło zaczyna przedzierać się przez inne miasta. Niedługo obejmie większy obszar, gdzie głównym źródłem życia będzie woda płynąca ze źródła szatana. Ludzie nie posiadają woli, gdyż królowa, która jest powiernikiem wszelkiego zła, im ją sukcesywnie odbiera. Nie chcę się bawić w ukierunkowanie, które trwa nieco dłużej niż samo włożenie kartki z klątwą przyczepioną do sztyletu. Wola znika w momencie wysunięcia ostrza w kark człowieka. Oczy stają się przenikliwe, źrenice się zmniejszają, a całe napięcie w ciele człowieka znika – ręce opadają… Najlepiej byłoby w tym momencie to zatrzymać. Niestety, nie mamy wśród nas „sztyletołamaczy”, którzy zatrzymają ten cały cyrk na kółkach. Posiadamy ludzi, którzy cieszą się z czyjegoś nieszczęścia. Niestety, to wszystko doprowadza do samozagłady. Niektórzy zdają sobie z tego sprawę. Skąd to wiem? Jestem Ali-me i stoję na czele dobra. Swoją siedzibę mam tam, gdzie korzenie czerpią siłę witalną z całej naszej Ziemi. I wiem, że przełamię wszystko to, co złe. Nie jestem aniołem. Jestem duszą wszelkiego dobra.


Emilia Turek, BM w Mrągowie


Kiedy zamykam oczy
Zamiast snów
Przychodzi ona
Mości się jak czarny kot
Na mojej piersi
I nie pozwala
Białym słowikom śpiewać
***

Znowu sama
Zanurzam się w ciszy
I coraz to głębiej
I głębiej
Płynę w jasną toń
Do Ciebie
***

Patrzę w niebo
Księżyc w połowie
To już jutro
Boję się
Że taki zostanie
Pojutrze
***

Już wyschły moje policzki
A słone bagaże
Zostały daleko
Przy tobie
Ja odjechałam
Z rękami w kieszeniach
A teraz pędzę
Do siebie

***

Kiedy ubieram rano obcisłą spódnicę
Kiedy ściągam wzrok obcych mężczyzn
Kiedy śmieję się z własnej próżności
Kiedy myślę że minąłeś we mnie
Jesteś
Wciąż jesteś
Niezmiennie jesteś
Czerwienią
Na moich ustach
***

To jabłko
Które z rozkoszą ugryzłeś
I oblizałeś zaszłe sokiem usta
Chyba miałeś apetyt na jabłka
To jabłko
Które z wprawą skroiłeś
I wytarłeś zaszły sokiem nóż
Chyba nie miałeś ochoty gryźć
To jabłko
Jak ja
Bez soku
W kawałkach
Stanie Ci teraz w gardle
***

W piwnicy swoich myśli
Przeciągam się
Jak kotka na dachu
Mruczę i się łaszę
Do swojego ciała
Wreszcie jest ze mną
***

Kiedy przychodzę do siebie
Bezszelestnie
Zasłaniam okna
Zapalam światło
Zrzucam maski
Naga
Staję na środku pokoju
Teraz mogę
Wypuścić motyle
***

Długi korytarz ciągnie się
We mnie purpurą
Drzwi wszystkie zamknięte
Klucze zgubione
Na amen
Tylko światło przenika
Z głębi niebieskie
Rozjaśnia zakurzone
Z przeszłości obrazy
Więc nawet gdybyś przyszedł
Nie wejdziesz
***

Joanna Kusek-Wiśniewska, BM w Mrągowie



JESIENNA MIŁOŚĆ

Tkamy miłość

naszą

z wątłych nici

babiego lata

odwieczne troski

lśnią

łzami pereł

na siatce

z pajęczyn

utkanej

przeglądając się

w promieniach

słońc naszych

małych radości


idziemy

w jesieni życia

kurczowo

splatając nasze dłonie


dwa liście

pożółkłe

na jesiennym drzewie

naszego życia




CZAS PRZECHYTRZYĆ MUSZĘ


Poezja dławi mnie

własnym oddechem

krzyk rozsadza formę

kpię sobie z konwenansów

i reguł wszelkich

cenzurą gardzę

poniewieram monotonią


modlę się

szelestu traw słucham

i trzepotu jedwabnych skrzydeł

anioła


czas przechytrzyć muszę

w jednym oddechu

zamknąć

abstrakcję marzeń moich

dni życia zawarte

w leniwym obrocie ziemi

i miłość schwytaną

jak promień słońca


usprawiedliwiam się

przed światem

o serca gwałtowny stukot

czoło pofałdowane

tysiącem drobnych wersów

i przestrzeń między miłością

a słowem wiersza

zakrytą



JESTEM CZĘŚCIĄ WSZECHŚWIATA


Zachwycam się życiem

oddychając jego zapachem

idę wolna i spokojna

zostawiam bez śladu

zgiełk i szum rozpędzonych ludzkich istot

sztuczność i bylejakość codzienności szarej


gonię ptaki słucham śpiewu wiatru

szybuję w chmurach

ułożonych w miliony wzorów

gwiazdy do nóg mi się kłaniają

żyję otulona ramionami słońca


jestem częścią wszechświata

maleńkim źdźbłem żyjącej materii

przerośnięta przyrodą

życie postrzegam

niczym kalejdoskop myśli i marzeń


jeszcze jestem obecna tu i teraz

nie do końca pogodzona z przemijaniem



JESTEM ŹDŹBŁEM TRAWY

Na kamieniu polnym

przysiadłam

maleńka się czuję

jak mrówka czy świerszcz

jak ziarno maku

łza niemowlęcia

pestka czereśni

źdźbło trawy

trącanej wiatrem


patrzę w niebo

słucham szeptu gwiazd

i srebrnoszarej

bezkresnej wieczności


kim jestem



LATO


Rozciąga się w przestrzeni mojego życia

żywiołów skłóconych potęgą

szumiącym lasem łanami zbóż

i promieniami słońca

łakomie liżącymi moje nagie ciało


letni oddech wiatru w sadzie

przywołuje do pracy miododajne pszczoły

kwitną malwy i maciejka

niebo zjednane z ziemią żyzną

tchnie życiem nieśmiertelnym


mgła o poranku na flecie pieśń gra

oddycham zapachem poziomek

nasączonych słońcem

zanurzam się w życiu u jego źródeł

odwieczne piękno zaklinam


w chwilach ulotnych szukając

nieśmiertelności wrażeń



KANTATA


Pławię się w pozornej zieleni

wiosennych rytmów dnia

niewytłumaczalna radość słońca

wypełnia mnie po brzegi

wybiegam naprzeciw chwili ulotnej

wsparta na twoim silnym ramieniu

pełna wesela


chwytam w dłonie gwiazdy spadające


noc kwili ciepłem zapachu jaśminów

nasłuchujemy ciszy wszechobecnej

wspólnym oddechem się racząc

oddani sobie nieśpiesznie

spokojni

nie znając nut tworzymy kantatę

na wspólny chór i orkiestrę


u wezgłowia naznaczona szczęściem

jestem bezpieczna



UKŁADAM MÓJ ŚWIAT


Oddycham pełnią spokoju

motyle łapiąc nieśpiesznie

dmuchawce na wietrze tańczą

piruety zakochanych

wiatr w leszczynach melodię nam gra

myśli moje wirują w błękitach obłoków

tęsknię


czerwonolice maki polne

wątłymi płatkami do serca przytulić chcę

skrzydła przypiąć u ramion

z duszą ubraną w akwarele życia

przy dźwiękach szopenowskich mazurków

gwiazdy witać i słońce


uśmiecham się


do ziemi brzemiennej w zboża

ufnie dłonie swe składam

wiruję w przestrzeni otwartej żywiołów

oplątana magiczną urodą łanów pszenicznych

bezkresnym czasem u źródła życia

biegnę boso w przestrzenie prawd odwiecznych


układam świat po swojemu

Hanna Szymborska, Mrągowo


Fragment powieści „Niewidzialny świat”

Rozdział I

Istniało wiele rzeczy, od których mogłabym zacząć. Ale postanowiłam zacząć od momentu, w którym nauczyłam się definiować kolory, emocje i cały świat w sposób, jaki mi narzucano. Miałam w głowie obrazy jakie mogłabym stworzyć, ale zawsze ktoś stawał mi na drodze i mówił, że tak nie wolno. Tak nie wypada. To nie jest właściwa droga. Jaka droga była więc tą właściwą? Taka, która „wypada”.

Miałam dziesięć lat, padało. Na placu zabaw nie było nikogo z kim mogłabym się bawić. Nie dlatego, że byłam nielubiana, przeciwnie! Po prostu padało. Kijem narysowałam zawiłe wzory z kreskami w niewłaściwych miejscach. W teoretycznie niewłaściwych miejscach. Chciałam dorysować coś jeszcze, ale zacinający deszcz zamazywał wszystko co rysowałam niezbyt głęboko. Z mojego obrazu pozostawały więc jedynie mniej lub bardziej niewyraźne bruzdy w piasku. Usłyszałam wołanie mamy. Wiedziałam czemu wołała. Żebym zjadła obiad. Słyszałam bicie dzwonu ze znajdującego się nieopodal kościoła. To była pora na obiad. Ale ja nigdy nie czułam się o tej porze głodna. Dochodziło ledwie południe, była sobota. Co z tego, że padał deszcz? Chciałam zostać na zewnątrz. Chciałam się bawić i robić to, na co miałam ochotę. Nie było w moim zachowaniu dziecięcego buntu przeciw wszystkiemu i wszystkim. Nie rozumiałam dlaczego wmawiało mi się, że każdy człowiek jest inny, wyjątkowy i indywidualny, a jednocześnie zmuszano aby miliony podobnych do mnie dzieci jadło w soboty obiad o tej samej porze, ubierało się tak samo i mówiło tak samo, bo tak robią normalni ludzie. Już wtedy szukałam odpowiedzi na pytanie dlatego tak się działo? Obiad był jedynie wymówką do dalszych pytań. Ale mama nigdy nie chciała mi odpowiedzieć. Myślę, że nie znała odpowiedzi. I już wtedy domyśliłam się, że nikt nie znał odpowiedzi na to pytanie.

Ale znowu wybiegałam za daleko w niepotrzebne dywagacje. Dlaczego zaczęłam od tamtego momentu? Nie potrafiłabym się nie uśmiechnąć na wspomnienie tamtej chwili. Słyszałam wołanie mamy i aż dusiło mnie żeby z przekorą usiąść pośrodku błota jakie rozdrapałam kijem i czekać aż po mnie przyjdzie i kolejny raz powtórzy mi jak źle robiłam, jak bardzo normalne dzieci tego nie robią i jak bardzo ona była ze mnie niezadowolona. Z nieszczęśliwą miną wysunęłam twarz do nieba i pozwoliłam aby krople zacinającego deszczu zmieszały się z moimi łzami. Miałam już ruszać do domu, ale wtedy zobaczyłam jak pomiędzy ławkami i przeszkodami dla dzieci skrada się dwoje ludzi. Wyglądali na bardzo młodych i byli najwyraźniej parą. Wtedy tego nie rozumiałam, ale dziś wiem to aż za dobrze. Dwoje ludzi. Młody chłopak i dziewczyna biegli w moją stronę przeskakując kałuże. Uciekali przed deszczem. Kierowali się najpewniej przez ten park aby mieć szybciej do domu. Musieli mnie więc wyminąć gdyż stałam na alejce. Byłam pewna, że mnie wyminą, ale oni przystanęli patrząc na znajdującą się za moimi plecami breję. Dziewczyna spojrzała na mnie lekko się uśmiechając.

– Ty to narysowałaś? – zapytał chłopak dziwnie poruszony. Z jego nosa i włosów spływała woda.

Wzruszyłam ramionami i spojrzałam za siebie. Za moimi plecami znajdowała się sporych rozmiarów twarz. Nie wiedziałam do kogo należała. I dziś też tego nie wiem kiedy sobie przypominam tamten moment. Po prostu rysowałam ją skrobiąc patykiem po piasku.

Ponownie wzruszyłam ramionami i przytaknęłam skinieniem głowy. Chłopak ujął mocniej dłoń swojej dziewczyny, a mi naciągnął wolną dłonią kaptur na głowę. Nie powiedział nic więcej, ale zobaczyłam wtedy w jego oczach coś, co uświadomiło mi, że być może są jeszcze na świecie ludzie, którzy zrozumieją co we mnie siedziało. Zrozumieją też moją potrzebę dzielenia się tym z innymi. Nawet jeśli ludzie na każdym kroku będą mi przypominać, że nie jestem nikim ważnym i nigdy nie będę.

W tamtej chwili zrozumiałam, że nawet jeśli cały świat mnie skrytykuje, to zawsze znajdzie się ktoś, kto nie będzie miał interesu w tym, by spojrzeniem docenić moją wizję świata. Po prostu to doceni, bo uzna, że jest tego warte. Od tamtej pory więc wystarczało mi jedno spojrzenie aby się nie poddawać.

* * *

Miałam dziesięć lat kiedy zrozumiałam, że piękno nie jest wieczne, ale chwilowe. Ulotne i dzięki temu odbierało mi oddech. Obraz zaś potrafił nadać pięknu nieśmiertelność. Szybko zrozumiałam więc, że być może stawałam się kimś w rodzaju Boga. Sprawiałam, że ludzkie myśli i marzenia stawały się wieczne.

Żałowałam, że nie potrafiłam w równie prosty sposób wymazać tego, co prześladowało mnie od wczesnego dzieciństwa. Mogłam to tylko namalować, ale tego nie robiłam. To sprawiłoby, że moja miłość stałaby się piękna, nieśmiertelna.

I przez to mogłabym ją pokochać, zaakceptować. Ale ja nie chciałam jej czuć już od momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że ją w sobie miałam. Chciałam żeby umarła. Więc malowałam to, jak ją niszczę, zabijam. Ale ona wciąż tam była. Bo prawdziwe piękno jest nieuchwytne. Niezbywalne. A ja mogłam być jedynie narzędziem w jego rękach. Nie ma powodów do narzekań. Czułam, że to wyjątkowy dar. Czułam to za każdym razem kiedy pędzel dotykał płótna. Widziałam to w spojrzeniach ludzi, którzy zachwycali się układem kolorów, a nie dostrzegali prawdziwej wartości tego co wsiąkło w naoliwioną materię. Ukrytej historii.

Wszyscy kiedyś umrzemy. I to największe szczęście jakie nas może spotkać. Wszystko co ma jakąkolwiek wartość, ma również swój początek i koniec. Rzeczy nieskończone są nijakie, bezwartościowe. A mimo to czułam, że moja opowieść byłaby niczym gdyby nie gryzące moje powieki łzy za niespełnionymi marzeniami. Potrafiłam malować frustracje, złość, rozczarowania, ból i tęsknotę. Ale nie umiałam stanąć na placu w centrum miasta i naszkicować fasady pałacu królewskiego. Po prostu, nie umiałam. Teraz czekało mnie jednak zupełnie inne wyzwanie. Traktowałam dzisiejszy wieczór jak wyzwanie, bo lubiłam je podejmować. Kiedy zapomniałam o tym, że moje ręce są nośnikiem smutku, potrafiłam być bardzo pogodną osobą. A przynajmniej za taką się uważałam. Trąciłam starszego pana przy wsiadaniu do tramwaju, uśmiechnął się do mnie. Odwzajemniłam uśmiech. Usiadłam na wolnym miejscu i przesunęłam wzrokiem po moich współpodróżnych. Szare twarze, smutne, pozbawione marzeń. Aż chciałabym zawołać żeby się obudzili i przestali umartwiać. Ale jak mieli to zrobić kiedy gnębiły ich choroby i kłopoty cywilizacyjne? Właśnie. Nie znałam na to odpowiedzi. Być może kiedyś je poznam. Celem mojej podróży było Centrum Kultury Miejskiej, które działało przy Domu Spokojnej Starości. Miejsce doskonale mi znane. Codziennie tu przecież bywałam. Ale nigdy popołudniową porą. Tego dnia odbywało się spotkanie z „cichymi bohaterami serca”. Osoby, z którymi na co dzień pracowałam, niewidomi pensjonariusze domu opieki, prosili mnie wiele dni abym się pojawiła. Czułam się do nich przywiązana. Nawet bardzo, jak więc mogłabym im odmówić? Miałam w sobie trochę za dużo strachu, a za mało wiary w siebie żeby stanąć przed obcymi osobami i pysznić się faktem, że jestem czyimś bohaterem. To oni byli moimi bohaterami. Miałam na sobie bardzo nieistotne i nierzucające się w oczy ubranie. Szary płaszcz, wąskie spodnie w nieokreślonym, ciemnym kolorze, równie nieokreślone w stylu obuwie i wciśnięte pod czapkę ciemne, niejednoznaczne w swojej barwie włosy. Nie chodziło o to że byłam nijaka i za taką się miałam. Po prostu chciałam zbyt wielu rzeczy naraz, a efekt końcowy moich wahań to właśnie nieokreślony w żaden sposób wygląd. Nim przeszłam przez hol przyszło mi do głowy dziesięć innych rodzajów kroju sukienki, który mogłabym sobie uszyć poza tym, który włożyłam przed wyjściem z domu. Jutro uszyję sobie coś nowego, najwyższa na to pora. Przy wejściu na salę widowiskową stała pani Cloth. Wysoka, szczupła wdowa po wojskowym, którego stopnia nie pamiętałam. Obecnie pensjonariuszka i kobieta wielkiego serca, które odbijało się wielkim blaskiem w jej wypłowiałych już nieco oczach. Rozejrzałam się dookoła czy ktoś jeszcze zachwycał się widokiem starszej pani, ale musiałam przełknąć pigułkę goryczy. Powitała mnie wylewnie, mimo iż widziałyśmy się rano. Malowałam jej uczucia z dnia ślubu z mężem. Bo pani Cloth, podobnie jak większość dzisiejszych pensjonariuszy, była niewidoma. Nie wiedziałam czy to wada nabyta czy wrodzona, nigdy o to nie pytałam. Poprowadziłam ją na wolne miejsce obok innych jej przyjaciół i sama usiadłam obok nich.

Sala zaczynała się zapełniać, sprawdzano ustawienia świateł, nagłośnienie i uciszano zbyt głośne rozmowy w holu. Na scenie stało pięć krzeseł. Jedno z nich miałam zająć ja. Na mojej szyi wisiał identyfikator, który dostałam rano w recepcji. Wiedziałam dokładnie kiedy mam wyjść na scenę. A kiedy ten moment nadszedł, zaczęłam odliczać minuty do końca tego występu. Nie znosiłam być w centrum uwagi. Poza mną, czyli dziewczyną, która maluje obrazy inspirowane opowieściami niewidomych o ich wyobrażeniu świata, siedziały jeszcze cztery inne osoby. Z miejsca pokochałam ich za ich pracę. Dwóch mężczyzn zajmowało się pomocą sierotom. Pracowali jako pielęgniarze w domach dziecka. Ale ich praca wykraczała poza ustawowe osiem godzin ponurej rzeczywistości. Organizowali dzieciom ferie, zajęcia dodatkowe, dokładnie takie na jakie chodzą dzieci z pełnych rodzin. Zbierają pieniądze na ich dalszą edukację i pomagają przejść przez trudy życia. Kobieta po mojej prawej stronie pracowała zaś jako położna, ale poza tym prowadziła fundację, która zajmowała się opieką nad kobietami po poronieniach. Kiedy jej imię zostało głośno wypowiedziane kilka kobiet znajdujących się na sali wstało i klaskało jej z przejęciem. Spojrzałam na nią z boku. Zaczerwieniła się. A ja uśmiechnęłam się ze wzruszeniem. Ostatnia kobieta zajmowała się zbieraniem pieniędzy na spełnianie marzeń seniorów. Takich, których życie doświadczyło tak bardzo, że poznali tylko głód, strach i ból. Ona zbierała pieniądze nie tylko aby pomóc im w codziennym życiu, ale również żeby spełnili swoje marzenia i poznali inne kraje i inne osoby, równie ciężko doświadczone przez los. Kim byłam więc ja w tak doborowym towarzystwie? Myślę, że mogłam mieć znaczenie dla moich pensjonariuszy. Może nie zbawiałam świata, może nie robiłam tego na wielką skalę, ale tych kilkadziesiąt osób, którym zależało abym tu dziś siedziała, było wartych wszystkiego.

Długo i uważnie wsłuchiwałam się w opowieści gości, pomiędzy którymi dziś siedziałam. To takie cudowne, że mogli się czuć docenieni dzisiejszym wieczorem. Ja też się tak czułam. Nawet jeśli to uczucie mi ciążyło. Bez cienia pychy, albo z jej odrobiną. Kiedy spojrzałam na wyświetlone na wielkim ekranie obrazy, nad którymi pracowałam przez ostatnie lata czułam, że coś ściskało mnie w żołądku. Część osób, dla których malowałam wspomnienia, już nie żyło. Zmogły ich choroby albo starość. Cieszyłam się, że dzięki mojej pracy stali czymś więcej niż pustym nazwiskiem na zimnej płycie. Wesoła i szczebiotliwa pani Goteborg widniała przed nami jako biegnąca przez łąkę panienka z długimi włosami i bukietem polnych kwiatów w dłoni. Za nią biegł wysoki, lekko przyciężkawy, ale pełen uroku pan Goteborg. To był dzień, w którym poprosił ją o rękę. Dokładnie pięćdziesiąt lat temu. Nikt by już dziś o tym nie pamiętał. A tak, pomimo iż oboje już nie żyją, została po ich życiu i miłości jakaś namacalna pamiątka, która mogła wzruszać. A to tylko namiastka tego co mogłam dla ludzi zrobić. Jeśli tylko postanawiali mi zaufać mi na tyle by mnie do siebie dopuścić.

Cały wieczór, na który szłam bardziej dla moich przyjaciół niż dla siebie, przypłaciłam morzem wzruszeń i przyjmowania gratulacji. Dla artysty niszowego, którego nie sprzedaje się za niebotyczne kwoty, to miód dla serca. Czas, aby zapomnieć na chwilę o tym, że moje konto mogłoby być bardziej syte. A nie było. Kiedy przyszedł czas na rozmowy z ludźmi, poczułam się już pewniej. Rozmowa z nimi nigdy nie przychodziła mi z trudem. Ludzie pozostawali tylko ludźmi. W nadmiarze irytowali, wydzielali drażniące wonie i stawali się przerysowaną wersją samych siebie. Tym razem jednak postanowiłam nie skupiać się na tym co mnie zwykle wpędzało w irytację. Poprawiłam włosy i uniosłam głowę widząc iż zbliża się do mnie dziwna para. Najprawdopodobniej małżeństwo, dostrzegłam obrączki. On przystojny, wesoły, raczej w jasnych i ciepłych odcieniach. Ona zmęczona, z niewielkimi zmarszczkami śmiechu dookoła oczu, z lekko szarawą cerą, być może palaczka. Również blondynka, nie wiedziałam jednak czy malowana. Oboje powitali mnie i gratulowali mojej pracy. Podziękowałam z całego serca. Po kilku minutach konwencjonalnej rozmowy odczułam, że ich podejście do mnie ma jakieś większe znaczenie niż początkowo sądziłam. Propozycja, która padła z ich ust wydała mi się czymś niesamowicie pociągającym. Mogłabym się od razu zgodzić, naprawdę chciałabym to zrobić. Teraz już siedzieliśmy, dzięki losowi chciałoby się rzec. Gdybym nie siedziała, nogi odmówiłyby mi posługi. Spomiędzy grup rozszczebiotanych ludzi wyszedł On. Mój znienawidzony ukochany. Chciałam go nazywać tak pompatycznie żeby wizja odczuwania do niego tej chorej udręki wydała mi się w końcu groteskowa i odrzuciła mnie od niego. Podszedł do naszego stolika i usiadł obok mnie. Przedstawił się, jakbyśmy się nigdy nie widzieli, nie spotkali i nie rozmawiali. Rozumiałam, że przy każdym z naszych spotkań wyglądałam inaczej, ale czy aż tak trudno skojarzyć osobę, z którą się praktycznie mieszkało na jednej ulicy przez połowę życia? Widocznie tak. Mój doskonały humor ulotnił się w mgnieniu oka. A omawiana propozycja wydała mi się teraz wręcz obrzydliwa. Wpatrywałam się niepewnym wzrokiem w wysokiego mężczyznę w średnim wieku. Jego żona sprawiała wrażenie podekscytowanej, to w końcu jej pomysł.

– Zgódź się. To będzie twoja wielka przygoda – zachęcił mnie siedzący z lewej trzydziestolatek.

Przeniosłam na niego wzrok. Dziwnie się czułam siedząc z nim twarzą w twarz. Dziwne było to, że mnie zauważył. Chociaż nie. To złe słowa. Patrzył na mnie, ale czy mnie widział?

Nie widział mnie przez dwadzieścia lat, mimo iż mieszkaliśmy na tej samej ulicy. Nie widział mnie w szkole, ani na studiach. Nie widział mnie w sklepie, chociaż mijaliśmy się setki razy. Uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Nie, zdecydowanie nie miał pojęcia kim jestem. Nie wiedział też, że tak właściwie to powinien mnie przynajmniej skojarzyć. Sztokholm to duże miasto. Ale nie wierzyłam, że nie zapamiętał mnie z naszego ostatniego spotkania. Pełnił honorową salwę na pogrzebie mojego ojca. Za młodych lat, przed wypadkiem, mój ojciec służył w jednostce, w której on teraz pracował. Składał mi i mojej matce kondolencje. Patrzył mi w oczy, dokładnie tak jak teraz. Ale mnie nie widział. I teraz też mnie nie widzi. Pozostałam dla niego niewidzialna. To dobrze.

Przeniosłam wzrok na Andreasa. Bo tak miał na imię mężczyzna, który poprosił mnie wraz ze swoją żoną o rozmowę.

– Nie – powiedziałam spokojnie, lecz stanowczo. – Nie zgadzam się na waszą propozycję, ale bardzo wam za nią dziękuję. To wiele dla mnie znaczy.

Andreas zmarszczył brwi, a jego żona zaczynała zachowywać się tak, jakby miała zamiar na mnie nakrzyczeć.

– Wiele tracisz – mruknęła.

Wiedziałam, że wiele tracę. Traciłam swoje kolejne marzenia, wiedziałam to do czorta! Ale jak miałabym się skupiać na pracy, kiedy On kręciłby się w pobliżu? Zebrałam się w sobie i spojrzałam na niego. On również mi się przyglądał, ale ponownie jego myśli przesłoniły mu mój obraz. Nie miałam siły się już nawet z tego powodu smucić. Złapałam za leżącą przy moich stopach, szmacianą torebkę i wstałam dając tym samym znak, iż rozmowę uważam za zakończoną.

– Cieszę się, że mogłam was poznać. Ale nie jestem zainteresowana tym, żeby mnie wykorzystywać.

Nie chciałam przeciągać tej chwili w nieskończoność aby poczuli się zaproszeni do namawiania mnie. Ja naprawdę nie chciałam brać udziału w ich pomyśle. Nawet jeśli odrobinę mnie on pociągał. Zdecydowanym krokiem ruszyłam więc ku drzwiom. Nie starali się mnie zatrzymywać. Widziałam w ich wzroku, że moja stanowcza i niezbyt grzeczna odpowiedź ich nie odstraszyła. Musiałam się teraz skupić na tym, żeby im zbyt łatwo nie ulec. Bo, że ulegnę w ogóle, to oczywiste.

Rozdział II

Siedziałam przodem do okna. Nie miało ono rolet, ani zasłon. Było nagie. Przede mną stała umazana farbą sztaluga. Kilka metrów za sztalugą, na bujanym, skrzypiącym fotelu siedziała starsza kobieta. Pracowałam z nią już od tygodnia, a dopiero dziś zrozumiałam co zaczęłam malować pod jej wpływem.

– Dlaczego maluję śmierć? – zapytałam odkładając pędzel na paletkę. Poruszałam kilka razy zdrętwiałym nadgarstkiem, a umazane farbą palce wytarłam w fartuch, równie brudny jak moje dłonie.

Staruszka milczała. Po chwili jej usta wygięły się ku górze. Gdyby mogła, spojrzałaby w moją stronę.

– Jesteś pewna, że malujesz śmierć?

Spojrzałam jeszcze raz na to, co malowałam przez ostatnie kilka godzin. Na środku znajdowało się coś, co mogłoby być zwykłą, czarną plamą, ale nią nie było. To coś jakby mgła przesłaniająca jakiś piękny krajobraz. Przez czarną plamę przebijały się bowiem odcienie zieleni, trochę czerwieni, a nawet odrobina pomarańczy. Dookoła nie było niczego. Dosłownie. Ta z pozoru nic nieznacząca mieszanina barw stanowiła jedyny element mojego „dzieła”. Uniosłam brew, a drugą ręką potarłam oczy. Czułam się już znużona, nie mogłam więc myśleć konstruktywnie. Powiedziałam o tym mojej muzie. Uśmiechnęła się tajemniczo i poprosiła żebym nie zapomniała przyjść do niej jutro. Obiecała mi też, że kiedy skończę, opowie mi o tym co naprawdę on przedstawia. Wierzyłam w to, że uda mi się naprawdę namalować to co jej zdaniem znajdowało się na obrazie.

Wiedziałam już, że osoby w tym wieku lubiły zapadać w głębokie zamyślenie, a zapach moich farb i rozpuszczalników nie należał do najbardziej inspirujących. Tak szybko jak zdołałam, zebrałam swoje rzeczy, pozostawiając jedynie stojący na sztaludze obraz. W gospodarczej łazience na piętrze umyłam dokładnie pędzle i po wysuszeniu włożyłam je w skórzaną torebkę. Kolejny dzień dobiegał końca. Wyjęłam z torebki telefon aby sprawdzić godzinę. Dochodziła ledwie szesnasta. Jeśli nie trafię na żaden korek to zdążę wpaść do domu, wykąpać się, przebrać i dojechać z kilkuminutowym spóźnieniem na umówioną randkę.

Miałam naprawdę szczere zamiary spotkać się z tym facetem. Poznałam go kilka dni temu, robiłam codzienne zakupy. Na imię mu Finn. Był przystojny, zadbany, bardziej chudy niż zdrowo szczupły, ale miał w oczach coś, co mnie przekonało. W końcu, czemu nie?

Kiedy wpadłam do umówionej restauracji dostrzegłam go prawie od razu. Było coś magicznego w umawianiu się z nieznajomym, który mimo to w jakiś sposób nas pociągał. To jakaś adrenalina i ciekawość jednocześnie. W zdrowej dawce. Finn miał na sobie białą, lnianą koszulę, a do tego czarne spodnie i równie czarne buty. Czarne były również jego włosy i zarost. Przełknęłam ślinę bo właśnie coś sobie uświadomiłam. W pierwszym odruchu chciałam od razu zawrócić, ale uznałam, że nie zasłużył na taki dyshonor. Przywitaliśmy się, a ja przeprosiłam za swoje spóźnienie. Zapytał co je spowodowało. Nie skłamałam.

– Musiałam pomóc mamie – odparłam spokojnie.

Spojrzał na mnie czujnie.

– Co robisz w wolnych chwilach kiedy komuś nie pomagasz? – zapytał Finn kładąc na stole łokcie. Jedną dłonią bawił się serwetką. Czekaliśmy na zamówienie.

– W wolnych chwilach śpię – odpowiedziałam zupełnie poważnie. Mimo to, zaśmiał się. Rozbawiło go to. Być może nie zrozumiał, że mówiłam prawdę.

Można by przypuszczać, że nie mieliśmy o czym ze sobą rozmawiać. I po kilkunastu minutach uznaliśmy chyba oboje, że zbyt pochopnie zaufaliśmy naszym oczom. On spodobał się mnie, dlatego przyjęłam zaproszenie. A ja spodobałam się jemu. Gdyby celem naszego spotkania był jedynie przygodny seks, wszystko by do siebie pasowało. Ale ani jemu, ani mnie w ogóle o to nie chodziło. Kiedy sobie o tym opowiedzieliśmy i z nieśmiałej randki spotkanie przerodziło się w miłe spotkanie przy ciepłym posiłku, atmosfera zelżała. W bardzo odczuwalny sposób wpływając na sposób w jaki Finn dobierał słowa. Mimo, iż miło spędziliśmy czas, żadne z nas nie zaproponowało terminu kolejnego spotkania. Gdzieś w próżni zawisło w niedopowiedziany sposób to, że mimo wszystko zabrakło między nami odczuwalnej, fizycznej chemii. A to zawsze kiepska wróżba dla takich spotkań. Zaproponował, że mnie odwiezie, ale odmówiłam. Od domu dzieliło mnie jedno bezpośrednie połączenie metrem. Nie było potrzeby przedłużać czegoś co nie miało znaczenia.

Kierowałam się w stronę zejścia do metra, kiedy zorientowałam się, że ktoś za mną od dłuższego czasu szedł. Nie miałam na sobie niczego co mogłoby zachęcić jakiegoś psychopatę, ale czy tacy w ogóle potrzebują zachęty? Przystanęłam i odwróciłam się bezceremonialnie. Obok mnie przechodzili jacyś obcy ludzie kompletnie nie zwracając na mnie uwagi. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że szedł za mną Andreas i On. Sama nigdy bym ich nie dostrzegła. Mój mózg instynktownie unikał zdarzeń, które mogłyby mnie wyprowadzić z równowagi.

– Jesteś bystrzejsza niż początkowo sądziłem – powiedział Andreas podchodząc do mnie stanowczo za blisko.

Nie rozumiałam co mnie w nim irytowało. Przecież to naprawdę miły facet. Ten drugi podszedł do nas i teraz miałam go na wyciągnięcie ręki. Przełknęłam ślinę i skupiłam się na Andreasie.

– Po godzinach jesteście kiepskimi detektywami?

Zaśmiali się. Obydwaj.

– Staramy się jakoś cię rozgryźć.

Odezwał się, więc musiałam na niego spojrzeć.

– Naprawdę tracicie czas.

– Nieudana randka, co? – zapytał Andreas obejmując mnie ramieniem i popychając lekko w stronę knajpki z której wyszłam przed kilkoma chwilami. Wolne żarty!

Nie wiem dlaczego nie wyrwałam się i nie odeszłam. Wygrała, po raz kolejny zresztą, moja piekielna ciekawość. Kiedy siedzieliśmy już przy stole, On zapytał mnie dlaczego jestem taka uparta. Spojrzałam na niego z nieudawaną złością.

– A dlaczego chcesz to wiedzieć? – syknęłam.

Wzruszył ramionami. Czyli tak jak sądziłam. Zadał mi poufale brzmiące pytanie, które nie było poparte żadnymi przemyśleniami. Czemu mnie to nie dziwiło?

– Możesz mnie posłuchać? – zapytał Andreas.

Odetchnęłam.

– Oczywiście, że tak – odparłam spokojniej.

– Wiesz, że mamy problem z przedstawieniem. Brakowało nam jakiejś dobrej fabuły, motywu przewodniego.

– Ale wytłumacz mi, jak ja mogę wam pomóc? – zaciekawiłam się. – Ja maluję obrazy. Nie znam się na muzyce, aktorstwie ani pisaniu scenariuszy. Nie w taki sposób jak wy. W czym może wam pomóc malarz? I to taki niepierwszoligowy?

– Moja żona miała genialny pomysł. A on i ja długo o tym rozmawialiśmy – powiedział Andreas spoglądając na swojego towarzysza.

Dobrze, że nie mówił do niego po imieniu, a bezosobowo. Starałam się nie powtarzać go nawet w myślach, nienawidziłam tego imienia.

– Chcemy żeby twoja praca stała się kanwą dla całego przedstawienia. Wiemy, że prowadzisz bardzo ciekawe życie.

Uniosłam brew zaskoczona ich słowami. Zastanawiałam się też, o jak wielu „ciekawostkach” z mojej codzienności wiedzieli i skąd czerpali informacje. Postanowiłam się tego dowiedzieć.

– Więc mam wam napisać słowa piosenek? A może biografię, na podstawie której naskrobiecie scenariusz przedstawienia?

On pomachał nieśmiało ręką. Sądził, że był zabawny.

– Pisaniem tekstów zajmuję się głównie ja – powiedział lekko się uśmiechając. – To nie ma być przedstawienie, a musical.

Poza Le Roi SoleilCats nie było dla mnie musicalu, który nie wzbudzałby we mnie politowania.

– Aha – mruknęłam. – Więc jaki mam w tym cel?

– Chcemy cię zaprosić do współpracy. Opowiesz nam o sobie, czasem coś zagramy, wybierzemy melodie. On będzie cię obserwował i na podstawie tego co zaobserwuje i cię wypyta, napisze teksty utworów – ponownie wskazał na swojego towarzysza.

Żadne siły tego nie świata nie zdołałyby mnie zmusić do tego abym go w tamtym momencie szczerze nie wyśmiała. Nie obchodziło mnie to, czy obaj będą urażeni. Ale czy oni siebie słyszeli?

– Widzę, że jesteś wybitnie do mnie uprzedzona. Tracimy czas – powiedział On do Andreasa.

Blondyn miał chyba więcej cierpliwości, bo zażądał wyjaśnień.

– Jeśli teksty o życiu dziewczyny, która maluje obrazy inspirowane tym jak „widzą” świat niewidomi ma napisać facet, który jest najbardziej ślepą osobą na świecie, to wieszczę wam najgorszy spektakl w waszej karierze.

– Mógłbym się obrazić – przyznał Bezimienny.

– Powodzenia, nie dbam o to – odparłam sucho.

– Dziś w nocy coś napiszę. Jutro ci przeczytam. Jeśli uznasz, że nie mam racji, ogłoszę światu, że jestem ślepym idiotą. Jeśli będę miał rację, a ty mi ją uczciwie przyznasz, to za tydzień zjawisz się w teatrze i zrobisz z nami ten spektakl.

– A to tylko dlatego, że postawiłeś mi taki warunek? – zapytałam. – A może uczciwie przyznamy, że nie mam ochoty brać udziału w czymś takim, bo zajmie mi to czas, który mogłabym poświęcić na to co jest dla mnie naprawdę ważne? Po prostu.

Spojrzeli po sobie.

– To jest poważna sprawa – powiedział Andreas, który chyba wyczuł, że weszłam z jego kolegą w jakiś dziwny konflikt. – Daj temu szansę. Te przedsięwzięcie i historia w nim zawarta może dotrzeć do setek osób z całego świata. Masz szansę zdobyć dodatkowe środki dla ludzi, z którymi pracujesz. Być może ktoś się tym zainspiruje i weźmie przykład z twojej pracy. To może zmienić życie wielu osobom.

Westchnęłam głęboko.

– Naprawdę to rozumiem. Ale ci ludzie, z którymi pracuję mogą umrzeć w każdej chwili. A mnie spieszy się żeby dla każdego z nich uchwycić jakieś wspomnienie. Oni potrzebują mnie teraz, a nie może kiedyś będą potrzebować. Nie mogę tego zostawić, nie zmuszajcie mnie – nie zdołałam wyrzucić z tonu swojego głosu błagalnej nuty.

– Spotkaj się jutro ze mną. Przeczytam ci coś.

Opuściłam głowę z bezsilności. Walczyłam pomiędzy pragnieniem a lękiem.

– Czy wystarczy ci jeśli zajmiesz mi godzinę w trakcie kiedy będę malować coś dla jednego z moich podopiecznych? – zapytałam w końcu.

Uśmiechnął się. Nienawidziłam go. Nie z przekory. Z miłości w nienawiść krótka droga. Tym bardziej kiedy miłość staje się udręką, źródłem cierpienia i obłędu.

Zauważyłam, że wyjął z kieszeni telefon. Opuściłam głowę walcząc z toczącą moje myśli kakofonią.

– Charlotte...podasz mi numer?

Zamrugałam. Zacisnęłam palce, bo zapragnęłam uchwycić ten moment, żeby karmić się nim w chwilach słabości. Narysuję to po powrocie do domu. Ten kadr zasili teczkę pełną moich frustracji.

Non omnis moriar. Non omnis moriar1. Mogłabym powtarzać te słowa do końca świata. Tymczasowo wygrali. Zaskoczyli mnie tym spotkaniem, nie przygotowałam się. I szybko mnie przekonali. Pozwoliłam się nawet odwieść, ale ani On ani ja nie zamieniliśmy właściwie słowa. Andreas dołączył do żony, więc to On zaproponował, że mnie odwiezie. Kiedy zapytał mnie o adres, prawie się rozpłakałam. Podałam mu go smętnie, a on nie kryjąc zaskoczenia uznał, że przecież mieszkał tylko skrzyżowanie dalej. Tak jakbym tego nie wiedziała. Zauważył, że nie byłam skora do rozmowy, więc jutro nakarmi mnie pewnie fałszywymi osądami odnośnie mojej osoby. Uzna pewnie, że jestem milczkiem i mam depresję. A ja przecież kochałam się śmiać i uwielbiałam rozmawiać z ludźmi! Tylko nie z nim. Kiedy zatrzymał się pod moim domem zagadnął mnie.

– Długo tu mieszkasz?

– Całe życie – odparłam.

I zanim zdążył mnie naprawdę zranić, złapałam za klamkę i wyszłam z samochodu. Nie odwracałam się nawet za siebie. Chciałam tylko aby ten dzień się w końcu skończył.


1Nie wszystek umrę, sentencja łacińska.

 

Katarzyna Lubowiecka-Motyka, BP w Rynie


Legenda

Dawno, dawno temu, gdy na świecie panowała epidemia czarnej śmierci, a ludzie umierali jak mrówki, istniała pewna osada, w której zaraza nikogo nie dotknęła. Ludzie żyli w harmonii i spokoju. Pewnego dnia do wioski przybył czarnoksiężnik pod postacią zagubionego staruszka. Sprowadził na wioskę głód, choroby oraz klęski żywiołowe. Wioska zaczęła pustoszeć, a ludzie uciekli w góry. Czarnoksiężnik, który sprowadził nieszczęście, przejął władzę nad osadą. Zatopił ją i zamieszkał w pięknym podwodnym zamku, który został zbudowany ze szkła oraz kamieni szlachetnych błyszczących pod wodą niczym ślepia wielkich potworów. Niedługo po tym, jak dokonał tych jakże nikczemnych czynów, do zatopionej osady wprowadziły się nimfy oraz wiele innych wodnych stworzeń. Szybko zostały zmuszone do służby Panu Jeziora. Czarodziej, aby uchronić się przed niechcianymi gośćmi, stworzył wielkiego potwora. Jego ciało miękkie i wrażliwe na obrażenia chroniła zbroja wykonana z diamentów oraz szmaragdów. Jego skrzydła obleczone cienką skórą były tak duże, że gdy je rozpościerał, nie mieścił się nawet w jednej z największych komnat w królestwie. Potwór był prawie pod każdym względem doskonały, lecz miał jedną wadę – był ślepy. Jego oczy pokrywało bielmo. Natura zrekompensowała mu jednak ten defekt – posiadał bardzo wyczulony węch oraz słuch. I tak przez wiele lat w wodnej krainie panował spokój.

Aż pewnego dnia, normalne i bezpieczne życie zostało zaburzone przez armię, która stanęła u bram królestwa. Przewodził nią Rynoland Wspaniały. Wywodził się z królewskiego rodu. Jego pradziad niegdyś panował nad całym królestwem.

Armia, która stanęła pod bramą, miała złote zbroje zdobione szlachetnymi kamieniami. Spod szpiczastych hełmów na głowach żołnierzy wystawały długie, białe włosy, a z przyłbic patrzyły niebieskie oczy. Były tak jasne, że w mroku wydawały się świecić. Wszyscy w dłoniach dzierżyli wielkie, srebrne miecze. Dosiadali oni koni, które również były odziane w pancerze, a ich zdobienia dorównywały tym na zbrojach rycerzy.

Rynoland wyróżniał się spośród wojów, bowiem odziany był w zieloną, wełnianą tunikę oraz pancerz, na którym znajdował się herb jego rodu. Natomiast zza pleców wystawał wielki, rzeźbiony, brązowy łuk, a nie jak u innych – miecz. Podszedł spokojnym krokiem do bramy i trzykrotnie w nią załomotał. Przez chwilę nic się nie działo, lecz po jakimś czasie uchyliło się jedno jej skrzydło.

Wyszła przez nie nimfa, do złudzenia przypominająca kobietę. Zdradziły ją niebieskie włosy, które powiewały uwodzicielsko, gdy szła. Mały, zadarty nos dodawał uroku tej niezwykłej postaci.

– Co was sprowadza na te ziemie? – zapytała czystym i słodkim jak miód głosem.

Zapadła cisza, bowiem zauroczeni mężczyźni nie wiedzieli, co odpowiedzieć. Pierwszy z odrętwienia otrząsnął się Rynoland. Zorientował się, że nimfy nienawidziły swojego władcy i chciały się go pozbyć za wszelką cenę.

– Przybywam, aby odzyskać naszą ziemię oraz zgładzić Pana Jeziora – powiedział pewnie. Przez twarz nimfy przebiegł ledwie dostrzegalny uśmiech.

– Nie wpuszczę was, bowiem zagrażacie mojemu panu. – rzekła głośno.

Spojrzała w oczy Rynolanda i odezwała się w jego głowie: „Gdy zgładzisz wodnego potwora i przyniesiesz mi jego serce, wpuszczę ciebie oraz całą twoją armię do zamku w tajemnicy przed wszystkimi, lecz pamiętaj o tym, że sam musisz zgładzić bestię”. Po tym jak skończyła mówić, Rynoland zaczął się dusić. Jego nos się zasklepił, oczy pokryły błoną ochronną, na szyi pojawiły się skrzela, a palce połączyła błona pławna. Zanim wyrósł mu ogon podobny do syreniego, resztkami sił przyczołgał się do wodnego kanału, który prowadził do zamku czarnoksiężnika. Gdy jego ciało zetknęło się z wodą, magiczna metamorfoza dobiegła końca. Rynoland nieświadomy tego, że posiada skrzela, wpadł w panikę. Szarpał się pod wodą, próbując wydostać się na powierzchnię, lecz szybko tracił siły. Gdy zabrakło mu tlenu, postanowił się poddać.

Jego ciało powoli opadało bezwładnie w dół. Paradoksalnie, wraz z utratą przytomności, zaczął oddychać.

Prąd wodny zniósł ciało rycerza na skalną ścianę. Jego łuk zahaczył cięciwą o wystający kamień. Dzięki temu nieprzytomny rycerz utknął w miejscu. Gdy odzyskał przytomność, zorientował się, że posiada skrzela. Przez chwilę zbierał siły, aby się uwolnić. Po wyswobodzeniu próbował wydostać też łuk ze szczeliny skalnej, ale bezskutecznie. Musiał więc go zostawić, chociaż była to pamiątka, którą dostał kiedyś od ojca. Popłynął w głąb tunelu znajdującego się naprzeciw. Woda pomimo tego, że była czysta, nie polepszała widoczności. Mimo strachu i niepewności postanowił płynąć dalej. Mrok wciągał ciało rycerza. Płynął ostrożnie z wyciągniętymi rękami. Płynął tak długo, aż natrafił na ścianę. Przesuwał po niej dłońmi, lecz wyczuwał tylko chropowatą powierzchnię skał. Gdy podpłynął do góry, wyczuł pod palcami krawędź. Szczęśliwy z tego powodu, wypłynął na powierzchnię. Wyciągnął się na piaszczystym brzegu. Gdy to uczynił, jego ciało odzyskało normalny wygląd.

Stanął niepewnie na trzęsących się za zmęczenia nogach. Nagle zapaliły się pochodnie. Ich ogień nie miał normalnego koloru. Świeciły na niebiesko. Rynoland rozejrzał się po jaskini. Jej ściany pokryte były rysunkami, przedstawiającymi sceny walk ludzi z potworami. Wysokie sklepienie nie pozwalało zobaczyć, dokąd sięgały malowidła. Przesuwając wzrokiem po ścianach, dostrzegł schody prowadzące w górę. Poczuł woń siarki, która z każdym krokiem stawała się wyraźniejsza. Na końcu tunelu znajdowały się wielkie, złote drzwi. Rycerz pchnął je lekko, lecz nie ustąpiły. Więc zaparł się i pchnął je z całej siły.

Drzwi powoli otworzyły się, ukazując wielką komnatę. Wszedł do niej, a jego kroki odbijały się głuchym echem. Oczom Rynolanda ukazało się pomieszczenie, przepełnione złotem i innymi kosztownościami. Zdawały się błyszczeć tylko dla niego. Szafiry, szmaragdy, duże grudy złota oraz różnego rodzaju broń, leżały na wyciągnięcie ręki, niepilnowane przez nikogo. Wojownik zapragnął mieć chociaż część tego bogactwa. Podszedł do jednej z hałd i chwycił za grudę złota. Przyjrzał się jej. Złoto miało idealnie gładką powierzchnię, w której można było się przejrzeć jak w zwierciadle. Podziwianie skarbu przerwał mu dźwięk dochodzący zza jego pleców. Odwrócił się, lecz ujrzał tylko znikający cień. Ruszył w jego kierunku, nie zaszedł jednak daleko. Ryk potwora spowodował duży ból, który zmusił rycerza do położenia się na ziemi w ochronnej pozycji embrionalnej. Po chwili ból minął.

Rynoland podniósł się i sięgnął z przyzwyczajenia po łuk. Lecz jego ręka natrafiła na pustkę. W tym momencie uświadomił sobie, że jest bezbronny. Postanowił wziąć broń, która leżała najbliżej. W tym celu omiótł komnatę wzrokiem, dopiero teraz dostrzegł regały ze starymi księgami oraz zbroje w gablotach. Podszedł do jednej z nich i ujrzał małą kamienną tabliczkę, na której zostały wyryte jakieś znaki. Jednak kurz nie pozwalał odczytać wszystkich liter, więc przetarł je rąbkiem szaty. Jego oczom ukazał się napis informujący o tym, że zbroja była własnością sir. Lancelota, rycerza straży głównej jego dziadka. Rynoland pamiętał, jak Lancelot bawił się z nim i pokazywał, jak się walczy. Z ciekawości odczytał tabliczki na innych gablotach. Wszystkie mówiły o jedenastu rycerzach jego dziadka. Podszedł do ostatniej, w której znajdowała się zbroja największa ze wszystkich. Poznał ją, należała do Rynolanda VIII, do zbroi dołączony był miecz. Postanowił go zabrać, chwycił więc za sztabkę złota, leżącą koło jego nogi, zbił szybę, w duchu modląc się, żeby ten dźwięk nie zwabił bestii. Złapał za złoty miecz. Jego rękojeść była ozdobiona błyszczącym szmaragdem, który w dawnych czasach miał symbolizować ród Rynolanda. Przyodział również zbroję, krępowała mu co prawda ruchy, ale wolał mieć ochronę.

Tak przygotowany, ruszył w kierunku drugiej sali. Miał nadzieję znaleźć tam istotę, którą powinien zgładzić. Drugą komnatą okazała się sala tronowa. Na jej środku leżał potwór i spał. Z jego nozdrzy buchała para, a z pyska wystawały kły. Spływała z nich trucizna tak silna, że mogła zabić wielotysięczną armię. Złożone skrzydła spoczywały na jego bokach, a potężne nogi, zakończone długimi i ostrymi pazurami podrygiwały przez sen. Rycerz podszedł do bestii, chcąc ją zgładzić we śnie, lecz potknął się o ludzką czaszkę. Stwór zerwał się gwałtownie. Przez chwilę węszył niespokojnie. W tym czasie Rynoland stał w bezruchu, nerwowo licząc na to, że nie zostanie zauważony.

– Czym jesteś? – zapytał smok ku zdziwieniu Rynolanda. Potwór mówił niewyraźnie, lecz dało się go zrozumieć. – Wiem, że tu jesteś. Odpowiedz albo pożegnasz się z życiem szybciej – zagroził.

– Jestem człowiekiem – odpowiedział rycerz. Zaraz dodał: – To ty umiesz mówić? Dlaczego? Jesteś smokiem? Co prawda strach go nie opuszczał, lecz powoli zastępowała go ciekawość. Bestia zaśmiała się gardłowo.

– Jestem tworem człowieka, myślisz, że człowiek stworzyłby istotę nierozumną, z którą nie umiałaby się porozumieć? – odpowiedział.

Rynoland przyznał mu w duchu rację. Nie chciał się więcej odzywać, bowiem bał się zdradzić, gdzie się znajduje.

– Wiem, że przyszedłeś mnie zabić – mówił smok. Wiem to już od dawna. Zapewne zastanawiasz się, skąd mam tę wiedzę. Otóż setki lat temu powstała przepowiednia. Mówiła ona o młodzieńcu, który pokona Pana Jeziora, ale zginie zdradzony przez najbliższą mu osobę – kontynuował, niezrażony milczeniem Rynolanda. Wiedz tylko, że nie poddam się bez walki – zakończył swój monolog.

– Kto mnie zabije? – zapytał zaintrygowany przyszły król, lecz stwór nic już nie odpowiedział. Zamiast tego błyskawicznie zaatakował. Zionął ogniem, ale rycerz dzięki zbroi swojego dziadka uchronił się przed płomieniami. Okrążył bestię, chcąc zadać cios. Nie spodziewał sie jednak, że stwór zaatakuje go potężnym ogonem. Machnięcie nim przewróciło śmiałka, kolce na ogonie rozorały napierśnik, zagłębiając się w ciele rycerza. Rynoland czuł, jak rana zaczęła krwawić, a wkrótce tunika pod zbroją przesiąkła krwią. Rycerz zerwał z siebie niepotrzebną już część zbroi. Nie czuł bólu, ponieważ adrenalina krążąc w jego ciele, dodawała mu sił i odwagi. Podniósł się, chwytając za miecz, który leżał kilka metrów od niego. Rzucił się na potwora, podcinając mu ścięgno w nodze, tym samym uniemożliwiając mu poruszanie. Z jego ciała chlusnęła zielona posoka, zraszając wszystko dokoła. Wściekła bestia, oszalała z bólu, zaczęła się miotać na wszystkie strony. Wyła, ziała ogniem i dymem. Pragnęła tylko jednego – zabić tego, który ją skrzywdził. Rynoland wykorzystał moment, kiedy kłęby dymu z jej paszczy spowiły komnatę i bestia bezradnie rzucała potężnym łbem, chcąc wypatrzyć śmiałka. Wtedy podskoczył on do potwora, wbijając mu miecz aż po rękojeść między płyty zbroi, znajdującej się na klatce piersiowej. Cios okazał sie śmiertelny. Potwór zaryczał przeraźliwie i zwalił na ziemię. Zanim skonał, jeszcze ostatkiem sił wychrypiał:

– Przeklinam cię, Rynolandzie i twoją rodzinę. Każdy twój męski potomek zginie młodo zdradzony przez najbliższą mu osobę. Ciebie też czeka taki los.

Gdy skończył mówić, jego oczy zamknęły się, a po chwili zniknęło ciało. Zostało tylko duże bursztynowe serce. Rycerz szczęśliwy, że zgładził potwora, podszedł po jego pozostałości.

Nagle zachwiał się, przypomniał sobie o ranie. Spojrzał na swoją pierś, tunika niegdyś zielona teraz była szkarłatna. Grunt osunął mu się spod nóg, nie miał siły się podnieść. Oczy zaczynały mu się same zamykać. Zastanawiał się, czy właśnie tak skończy – samotny, niekochany przez nikogo ani niekochający nikogo. Czy umrze, nic nie osiągnąwszy? Rynoland stracił przytomność. Ocknął się, obudzony promieniami słońca. Leżał na trawie, a wokół niego zgromadził się tłum ludzi, zwierząt i wodnych stworów. – Panie! – wołali. Stał się cud! Wody jeziora się rozstąpiły, ukazał się ląd i ujrzeliśmy ciebie leżącego na trawie.

Kiedy woda się rozstąpiła, powstały dwa zbiorniki wodne, które nazwano jezioro Ołów oraz Jezioro Ryńskie. Zostały one połączone podziemnym kanałem. Czasem w nocy podobno słychać agonalne ryki potwora dochodzące spod ziemi. Na fragmencie osuszonego lądu powstała osada, którą nazwano Rynem. Rządy objął w niej Rynoland. Osada pod jego władzą zmieniła się w miasto, które stało się ważnym ośrodkiem handlu. Król zamieszkał w wielkim zamku, który przetrwał do dziś. Rany Rynolanda zostały uleczone przez zakonną znachorkę. Zostały tylko trzy szramy, które potem były dziedziczone przez jego potomków. Rycerz został uleczony fizycznie, ale jego zdrowie psychiczne słabło z każdym dniem. Pamiętając słowa potwora, wszędzie węszył spiski i podstępy. Co prawda ożenił się z piękną księżniczką, zrobił to jednak z przymusu. Jego żona dała mu dwóch bliźniaczych synów. Gdy chłopcy mieli po pięć lat, stan Rynolanda pogorszył się gwałtownie. Nie chciał jeść, bo bał się otrucia, prawie w ogóle nie spał. Niedługo po tym umarł. Dopiero na łożu śmierci zrozumiał sens przepowiedni, lecz było już za późno. Choroba przejęła nad nim władzę. Zmarł, mając zaledwie trzydzieści trzy lata. Niegdyś wielki bohater, który uratował swój lud, poprowadził armię do zwycięstwa i stworzył istniejący do dziś Ryn. Poświęcił swoje życie dla szczęścia poddanych. Nawet tysiąc lat po jego śmierci świat o nim nie zapomniał. Przez wieki bardowie układali o nim pieśni, a rodzice opowiadali swoim pociechom historię Rynolanda Wielkiego.

Sara Jurak, BP w Rynie